La fe es lo que nos da Dios para poder entender a los curas.

[pl] lot przez Ocean
Posted: Wednesday October 25th 2006, 3:51 pm — Author: rafa

en espanol

[es] el vuelo a través del océano
No es mi primera vez. He pensado que nada me va a sorprender demasiado fácil. Pero nuestro linea área LOT lo ha conseguido. Los auriculares hechos de tubos de plástico. Los altavoces están situados en la silla y la música llega a través de “aire-ductos”. Stereo. Como los niños (y no solo) asustan a sus perros y gatos (y no solo) a gritando por el tubo de aspirador. Algo de este tipo. El sonido también de este tipo. Para que lo hacen? Para que la gente no se los lleve? Hasta ahora he visto auriculares cuyos terminaciones eran especiales (creo que justo para esto). Probablemente la gente seguía robándoselos. Vale la pena tanto trabajo para ahorrar probablemente menos de un euro en el vuelo, para cual el billete vale muchos cientos de euros? O quizá es algo completamente diferente. Por ejemplo:
- para sorprender a los clientes con imaginación; ser una linea diferente de los demás,
- aprovechar los tubos en caso del accidente para distribuir aire directamente a los oídos de los pasajeros,
- hacer que la gente volando en 10km de altura se sienta como en el jardín - bloqueas el tubo y dejas que el agua (aire) fluya,
- o quizá para que los médicos puedan usarlos como fonendoscopio para escuchar a los pasajeros; con buena construcción de los vasos comunicantes se podría escuchar a todos sin moverse del sitio,
- o quizá se puede hablar por los tubos y pedir otra cerveza? Hmm. no funciona :(

Creo que me quedare con los mios :-) Cuanta gente hace lo mismo?

P.S. Habéis pensado alguna vez porque todos los asientos en los aviones tienen las papeleras? Es que en los vuelos nunca se podía y probablemente nunca se podrá fumar…

To nie mój pierwszy lot. Myślałem, że już się tak łatwo nie dam zaskoczyć. Ale jednak naszemu narodowemu przewoźnikowi się udało. Słuchawki wykonane z plastikowych rurek. Głośniki faktycznie umieszczone są w fotelu natomiast dźwięk dobiega “air-duktem”. Stereo. Tak jak małe dzieci (i nie tylko) straszą swoje psy i koty (i nie tylko) krzycząc przez rurę od odkurzacza. Coś w tym stylu. Dźwięk też w tym stylu. Po co oni to robią? Czy żeby ludzie nie kradli tych słuchawek? Do tej pory widziałem słuchawki zakończone specjalną końcówką (chyba w tym właśnie celu). Ale zapewne to nie pomagało. Ale czy naprawdę warto robić tyle zachodu w samolocie lecącym na linii, której bilet kosztuje kilka tysięcy złotych? Oszczędzać na słuchawkach wartych zapewne 2zł? A może chodzi o coś zupełnie innego. Może:
- chodzi o to aby zaskoczyć klientów pomysłowością; być inną linią niż wszystkie,
- chodzi o to żeby wykorzystać rurki w przypadku awarii aby dostarczyć tlen dla pasażerów poprzez uszy,
- a może chodzi o to aby na 10km poczuć się jak w ogródku i móc zgnieść rurkę - tylko zamiast wody odetniemy dopływ muzyki,
- albo żeby lekarze mogli szybko sięgnąć po stetoskop, przy dobrze zorganizowanym systemie naczyń połączonych nie mogliby “posłuchać” każdego pasażera z jednego miejsca,
- a może do rurki można mówić i poprosić jeszcze o jednego Żywca? Hmm. nie działa :(
Chyba wezmę je ze sobą :-) Ciekawe ile ludzi robi to samo.

P.S. Zastanawialiście się kiedyś dlaczego we wszystkich samolotach siedzenia zawsze maja popielniczki pomimo tego, że palenie nigdy nie było i zapewne nigdy nie będzie dozwolone w samolotach?


[pl] Historia krótkiej podróży po USA
Posted: Wednesday October 25th 2006, 3:41 pm — Author: rafa

en espanol

[es] una historia del viaje cortito por EEUU
Ya el aeropuerto de nuevo. Cuando uno hace un viaje corto lo que mas molesta (pues bueno al menos a mi) son los vuelos que duran todo el día. Con lo poco de libre que tenia para hacer el viaje me he enfocado en la naturaleza - eso es lo que mas me mola en América. En general la parte central no me ha chocado tanto. Pero os invito a ver las fotos en el foto álbum.

Lexington. La capital de Kentucky. El aburrimiento total. El hecho que tienen la Universidad bastante grande y famosa por el equipo de baloncesto la vida nocturna no existe. Durante el día no hay nadie por las calles; esto es un poco típico de EEUU donde todos van a cualquier sitio en los coches. Es que no se puede en otra manera. En muchos lugares ni siquiera hay ceras, los autobuses no llegan a todos los sitios y van poco frecuentemente. Pero si por fin alguien aparece en la calle es una vaca santa - todos le dejan pasar. Para un polaco y seguro que para un español también esto tiene que chocar. Creo que lo único que me ha parecido interesante era un festival de energía renovable y sobre todo un chaval de unos 16 anos o por allí que había hecho un proyecto para producir gasóleo en su propia casa con el aceite usado.

Kentucky (”Bluegrass state” por la hierba que florece en azul por todos los partes) es famoso por las carreras de caballos y por bourbon. Lo primero no me ha dado para verlo. Lo segundo no solo lo he visto pero he saboreado unos 8 diferentes tipos. Tranquilo. Solo un poquito. Resultado: bourbon no es ni sera mi bebida favorita. Ni siquiera me gusta. Pero tengo que admitir que he notado la diferencia entre unos y otros y además mis notas que les hemos puesto coincidían con las de los demás.

Kentucky es famoso (al menos parece) por KFC: Kentucky Fried Chicken. Pues resulta que es falso. El primer KFC lo han abierto en otro sitio y aunque el jefe era de aquí la gente de aquí no le gusta que esto seria su símbolo. además ni siquiera hay restaurantes de KFC por la calles.

Por fin el viaje. Como ya he escrito antes me encanta viajar por EEUU. Las carreteras anchas, paisajes espectáculos, todo bien señalado (uno no se va a perder ni siquiera sin mapa), la gasolina cuesta tres veces menos que en UE.

En “Great Smokey Mountains” estuve solo un día. Quería subir las montanas lo mas posible pero me he liado en una carretera de un sentido que recorría unos kilómetros sin salida. Y porque había muchos coches que se paraban al ver cualquier pájaro (porque lo de animales un poco mas grandes no vi ni uno) tardaban un montón. Pero cuando por fin puse pie en el bosque empecé a subir. He elegido un camino bastante largo (para el tiempo que me haba quedo del día). Pero todas las montanas allí son un bosque y bosque y bosque! Incluso si lo haces hasta el pico que son 1km de diferencia de alturas sigue siendo el mismo bosque! Y yo tonto esperando a ver los paisajes, millas y millas en todas las direcciones…

Volviendo a civilización: he pasado por Chattanooga. Una ciudad con el nombre muy bonito que pareció también bonito por la descripción en la guia. Pues para mi no era muy interesante. Pero el siguiente: Nashville tenia su encanto. Muchos bares con la música Country en directo. La ciudad del rey de rock-n-roll vive de música.

Y de nuevo la naturaleza - esta ves “Land between the lakes” que es la tierra entre los lagos. Que en realidad no son lagos pero pantanos pero bueno. Estamos en EEUU. No había nadie. Apenas entre al parque que recorre unos 100km. Y francamente hablando, aunque me gustan bosques y lagos para un polaco que paso muchos anos en Mazury (lagos al norte de Polonia) no era nada nuevo y llamativo.

Al volver a Lexington pase por Shaker Village - el pueblo construido unos dos cientos anos por una sociedad religiosa. Ahora allí no vive nadie (además de la gente que quiere pasar la noche en un hotel estilo antiguo de alli) pero en la mitad del siglo XVIII el pueblo alcanzo 500 personas.

I znów lotnisko. W czasie Krótkiego wyjazdu najbardziej bolą całodzienne podróże. W czasie kilku dni wolnego jakie miałem postarałem się skupić na naturze - bo właśnie to najbardziej podoba mi się na tym kontynencie. Niestety centralne US nie zrobiły na mnie wrażenia. Kilka zdjęć umieściłem w naszej galerii1.

Lexington. Stolica stanu Kentucky. Zupełna dziura. Pomimo tego, że mają duży Uniwersytet (UK, ponoć znany z dobrej drużyny koszykówki), to wieczorem nie ma gdzie wyjść. A w ciągu dnia zupełnie nie ma ludzi na ulicach. To drugie z resztą nie dziwi tak bardzo bo w Stanach wszyscy poruszają się samochodem. Kult ulicy jest tak wszechobecny, że ciężko jest się gdzieś udać pieszo. Brakuje chodników, autobusy jeżdżą rzadko i nie wszędzie. Natomiast jak ktoś już wyjdzie na ulicę to kierowcy traktują go jak świętą krowę. Ciekawe i miłe. Chyba jedyne co zrobiło na mnie wrażenie to festiwal poświęcony energii odnawialnej a w szczególności jeden uczeń, który zrobił pracę polegającą na wykonaniu urządzenia do produkcji ekologicznej ropy - na bazie zużytych tłuszczów jeżeli dobrze go zrozumiałem. Wystarczy przeczytać instrukcję obsługi, mieć trochę samozaparcia i wolnego czasu a potem można ruszyć z produkcją ropy za 60gr/l.

Kentucky (przydomek “Bluegrass State” ze względu na kwitnące wszędzie na niebiesko trawy, których nie dane mi było ujrzeć) znane jest ponoć (wcześniej nie wiedziałem) z wyścigów konnych i bourbonu. Tego pierwszego nie miałem okazji doświadczyć (poza licznymi pomnikami na ulicach) co do drugiego to wybraliśmy się raz na “kiperowanie”. Z kilkudziesięciu rodzajów wybraliśmy chyba 8. Wynik: burbon nie jest i nie będzie moim ulubionym ani nawet lubianym alkoholem. Chociaż muszę przyznać, że zauważałem różnicę w smakach - to i tak dużo jak na mnie - a jeden czy dwa nawet mnie nie odrzucał.

Kentucky chyba najbardziej znane jest z KFC, z którego sami “Kentukańczycy” zupełnie nie są dumni. Pierwsze KFC wcale nie zostało otworzone w Kentucky a na ulicach prawie w ogóle nie ma ich restauracji. No ale tak już bywa z symbolami różnych miejsc.

No to wreszcie podróż. Jak już pisałem wcześniej kocham jeździć po Ameryce. Drogi są szerokie, ludzie jeżdżą spokojnie, widoki są prześliczne (jeżdżąc samemu trzeba uważać aby się na coś nie zagapić), wszystko jest idealnie oznaczone (w zasadzie nie potrzeba mapy), benzyna kosztuje trzy razy taniej niż w Europie. Najtańszy samochód jaki mogłem wypożyczyć wydawał mi się luksusowym. Automatyczna skrzynia biegów oraz utrzymywanie ustalonej prędkości powoduje jest naprawdę wygodne na długich trasach.

W “Great Smokey Mountains” spędziłem jeden dzień na trekingu. Tak naprawdę to tylko pół dnia bo w ciągu pierwszych kilku godzin zastanawiałem się jak uciec z jednokierunkowej kilkukilometrowej drogi, jadąc w korku jak na Marszałkowskiej w południe. Trasa krajobrazowa. Nawet ładnie o około. Tylko zwierzęta jakoś pouciekały - w sumie to się im nie dziwię. No ale ja nie chciałem zwiedzać gór z samochodu… Góry. Las. Piękny las. Szczególnie jesienią, kiedy na szlakach nie ma nikogo, jedyne słyszalne dźwięki to woda w strumieniu, uciekające wiewiórki i zaintrygowane ptaki. Ale wciąż las. Raz pionowy, raz pochylony (w stosunku do terenu) ale wciąż las! Nawet jak już człowiek pokona ten 1km wysokości i wdrapie się na szczyt to jedyne co widzi to wciąż ten sam las! A ja czekałem na widoki… I nawet niedźwiedzia nie wypatrzyłem (chociaż pora była na niego). No ale swój promil trasy Apalachów (Appalachian Trail?) zrobiłem (jakieś 3 mile z 2200). Dzień wcześniej wypiłem “nie jedno piwo” z chłopakiem, który przeszedł całą tę trasę. Zdaje się, że 2200mil (3500km). 7 miesięcy mu to zajęło; ponoć da się szybciej ale kleszcze go czymś zaraziły.

Po górach przyszła pora na cywilizację. Po drodze trafiło się miasto o dźwięcznie brzmiącej nazwie Chattanooga. Niestety poza ciekawą nazwą i opisem w przewodniku nie było tam zbytnio nic ciekawego do zobaczenia. Czego nie można powiedzieć o Nashville: mieście króla rock-n-rolla (i nie tylko). Przy głównej ulicy Broadway knajpa na knajpie a w każdej Country na żywo.

I znów natura. Land between the lakes czyli ląd między jeziorami. Tylko amerykanie mogli to tak nazwać bo jeziora w rzeczywistości są zalewami. Na mapie wygląda to kapitalnie, w rzeczywistości trochę mniej. Nie zrozumcie mnie źle: piękne widoki tylko dla stałego (ostatnio rzadziej) bywalca Mazur to nie zrobił na mnie ten park większego wrażenia. Ale upiekło mi się bo dojechawszy do bram parku okazało się, że jest zamknięty. Już prawie zrezygnowałem ze zwiedzania myśląc, że trwa jego rozbudowa, odmalowywanie drzew, wymiana zwierząt albo wody w jeziorach, ale w końcu pojawił się strażnik i mnie wpuścił - okazało się, że nie wziąłem pod uwagę zmiany lokalnego czasu a park otwierali dopiero o 9.

W drodze powrotnej do Lexington wpadłem jeszcze tylko na chwilę do Shaker Village. Przed dwoma wiekami pobudowała się tam “wspólnota wyznaniowa”, która w połowie XVIII wieku osiągnęła liczebność stada 500 osób. Teraz teren jest otwarty do zwiedzania a nawet do zamieszkania (tzn. hotelowania się w stylu dawnym). Na zwiedzania “wnętrzności” przyjechałem za późno i musiałem zadowolić się spacerem między domami.


[es] de porqué hay que lavarse las manos al llegar a casa después de viajar en tranvía
Posted: Saturday October 21st 2006, 10:59 am — Author: raquel

in English

Why you should wash your hands when you arrive home after a tram trip

The man that was on the tram, middle aged, stank, but it was not a problem, because you just need to breathe slightly until you get use to it. A cap covered all of his head excepting part of the back were the hair was grey, greasy, matted to the head. The back of the neck had some deep wrinkles caused by age and partially filled by dirt accumulated through days, maybe weeks or even months. He constantly and regularly sniffed the nose, but it wasn’t a problem either, most of us caught a cold after the first freezing days.

Finally he sneezed.

It was a big sneeze, aggressive, strong, of that kind that you know they were “juicy” just by hearing their noise. I looked at him just on time to check that, at least, he had covered his mouth with the hand. The same hand he used some seconds after to hold on the bar when the driver suddenly broke.

El hombre que subió en el tranvía, de mediana edad, olía muy mal pero no importa, porque contra eso solo hay que respirar flojito, como no queriendo darse cuenta, y en seguida te acostumbras. Llevaba una gorra que dejaba al descubierto solo una parte de su cabellera, gris, grasienta, apelotonada en la nuca. En los surcos que la edad había ido dejando en la piel de su cuello llevaba acumulada suciedad de días, quizá de semanas o meses. Se sorbía regularmente la nariz, tampoco pasa nada, quien más y quien menos, todos nos hemos resfriado con la llegada el frío.

Por fin estornudó.

Fue un estornudo contundente, decidido, de esos que solo por el sonido sabes que han sido jugosos. Levanté la vista a tiempo para comprobar que al menos se había tapado la boca con la mano (no todos lo hacen), la misma que usó para agarrarse a la barra cuando el conductor pegó el siguiente frenazo.


[pl] here I’m; on the road again
Posted: Friday October 20th 2006, 5:22 pm — Author: rafa

en espanol

si si si. No voy a empezar desde el principio - como he llegado hasta aquí y que hacia hasta ahora. Voy a empezar desde el centro. Ahora mismo estoy en un restaurante al sur de Lexington, KY, USA. Acabo de terminar el desayuno típico americano y creo que no voy a comer mas hasta manana. Tengo unos 5 días para viajar por la zona. No hace tan buen tiempo como pone en los pronósticos - llueve y hace frío. Pero no me desanimo! Ahora mismo bajo hasta “Greate smoky mountain” - un parque nacional. Después visitare unas pocas ciudades: Chattanooga, Nashville y quiza Memphis antes de llegar a “land between the lakes” - otro parque natural. Es que me gusta mucho la naturaleza de la tierra americana.
En la carretera me alegro como un nino. En un coche alquilado (nuevo Chavy Cobalt) veo los paisajes del otono con todos los colores desde el verde, por rojo hasta el amarillo y escuchando la música Country tengo ganas de gritar!

Tak tak. Nie będę zaczynał od początku - jak się tu znalazłem, ani co robiłem do tej pory. Zacznę od środka. Siedzę właśnie w restauracji gdzieś na południe od Lexington, KY, USA. Zjadłem właśnie typowe amerykańskie śniadanie i mam wrażenie, że do jutra już nic nie będę musiał jeść. (ciekawostka: jak w stanach poprosisz w restauracji o herbatę to dostaniesz litrowy kubek herbaty mrożonej. Pomimo tego, że na zewnątrz jest 5C.) W restauracji jest tylko kilka osób, w tle leci spokojna muzyka lat 80 a za oknem siąpi deszcz. Hmm. No właśnie. Mam jakieś 5 dni aby rozejrzeć się po okolicy. Prognozy pogody w Stanach podawane są procentach. I tak na następne kilka dni (z dniem dzisiejszym włącznie) prawdopodobieństwo deszczu podawane jest na ok. 10%. No nic. Wygląda na to, że tak samo kiepsko idzie im przewidywanie jak w Polsce.

Najbliższe kilka dni mam raczej zaplanowane. Jadę właśnie do “Great Smoky Mountain” na treking po górach - o ile w końcu nie pomylą się z pogodą. Potem w drodze do “Land between the lakes” odwiedzę kilka miast: Chattanooga, Nashville i może dojadę do Memphis. Ale może po drodze wpadnie mi coś w oko i plany się zmienią - np. teraz jestem na granicy lasu narodowego “Daniel Boone” - ale ze względu na deszcz racje się nie zatrzymam na długo. A szkoda bo z samochodu kolory jesieni krzyczą do mnie: zatrzymaj się!

Na drodze zadowolony jestem jak dziecko. Nie wiem dlaczego ale amerykańskie przestrzenie i kultura samochodu zawsze mnie pociągała. I dlatego teraz w nowiutkim (30km na liczniku) Chevrolecie Cobalt, włączam muzykę Country i chce mi się wyć :-)


[es] el dia en que iba a ser mi santo
Posted: Tuesday October 03rd 2006, 1:10 pm — Author: raquel

in English

Pretending that it was some kind of integration in this country’s customs, and not that I was jealous of the Polish, who receive flowers, kisses and presents two times a year (on their birthday and on their name’s day), I decided to celebrate my name’s day starting from this year

That’s why I got up yesterday feeling like a different person: yesterday was “the big day”.

I didn’t care when Rafa didn’t mention it in the morning (“I’m sure he pretends not to remember it, but he prepared some kind of surprise” – I thought). I was specially kind and nice at work, looking at my colleagues at the corner of the eye, especially to the one who searched on internet when was my day. I knew that we always pretend that we don’t remember someone’s day, and always start singing “live 100 years for us” when this person doesn’t expect it, with flowers and chocolates in our hands, and celebrate with champagne and sweets.

And the morning passed…
And also the afternoon…
And my colleagues started to go back home…

And finally I decided to check in Internet what was written about my name, discovering that I was trying to celebrate it one month too late

Now I’m glad that I didn’t buy those small sweets to invite my colleagues on my way to work.
Now I realize that anyway nobody remembered my name’s day one month ago.

And now I know that worth to seriously learn how to say in Polish the months of the year.

Disfrazando de “maniobra de integración en las costumbres del país” mi envidia hacia los polacos que reciben felicitaciones, besos, flores y regalos dos veces al año: el día de su cumpleaños y el día de su nombre, decidí que yo misma celebraría también mi santo desde este mismo año.

Por eso ayer me levanté de la cama sintiéndome otra persona, ayer era el gran día.

No me molestó nada que Rafa no me felicitara (“seguro que finge no acordarse y tiene algúna sorpresa preparada”), y en el trabajo estuve especialmente amable y alegre, aunque de vez en cuando miraba de reojo a mis compañeros de trabajo, sobre todo a quien buscó la fecha para mí en el santoral, recordando que siempre disimulamos igual de bien que no nos acordamos de una celebración así, y esperando el momento en el que por sorpresa empezarían a cantar aquello de “que viva 100 años con nosotros”, con bombones, flores y regalos en las manos, como siempre hacemos.

Y así fue pasando la mañana…

Y así pasó parte de la tarde…

Y así empezaron a marcharse del trabajo mis compañeros…

Y así decidí buscar en internet qué ponía sobre mi santo, descubriendo que pretendía celebrarlo con un mes de retraso.

Ahora me alegro de haber decidido en el último momento no comprar aquellos pastelillos de camino al trabajo.

Ahora me doy cuenta de que, de todos modos, nadie se acordó hace un mes de felicitarme.

Y ahora me doy cuenta de que quizá valga la pena ponerme en serio a estudiar cómo se llaman en polaco los meses del año.